17 września 2006 r. w niedzielę w Miejskim Domu Kultury w Andrychowie tuż po wernisażu wystawy "Kształt, światło, barwa" w trakcie którego mogliśmy zapoznać się z twórczością Jolanty Hermy-Pasińskiej (klikając w fotografię - obejrzycie więcej szczegółów z wystawy ) ...
... własne wiersze czytał dla nas Tadeusz Ryłko - reżyser pochodzący z Andrychowa.
Suche fakty z życia :
Studia: filologia polska i doktoranckie na UJ w Krakowie (rozprawa: Odpowiedzialność narodu niemieckiego za zbrodnie wojenne w świetle polskiej prozy literackiej) oraz reżyseria w PWST w Krakowie.
Praca: Teatr Bagatela w Krakowie i od ponad 25. lat Telewizja Katowice. Realizacja wielu spektakli teatralnych i telewizyjnych, muzycznych, poetyckich i dla dzieci, m. in.: "Dyl Sowizdrzał" G. Gorina, "Ptak" J. Szaniawskiego, "Wyrok" C. Fontany, "Niobe" K. I. Gałczyńskiego, "Bal w operze" J. Tuwima, "Panna Tutli Putli" Witkacego.
Autor filmów dokumentalnych, programów telewizyjnych i reklam nagradzanych na międzynarodowych festiwalach. Autor wierszy publikowanych w czasopismach. W przygotowaniu tomik poezji.
Poetę przedstawił Zbigniew Przybyłowicz - Dyrektor Centrum Kultury i Wypoczynku w Andrychowie

Spotkanie rozpoczęło się melodią piosenki z kabaretu "Małe Qui Pro Quo" śpiewaną przed laty przez Andrzej Boguckiego, której tekst przytoczył Zbigniew Przybyłowicz :
Bo mnie jest szkoda lata i letnich złotych wspomnień,
Niech mówią: głupi, o mnie, a mnie jest żal ...
O muzyczną oprawę spektaklu zadbały :
Aleksandra Lachendro (flet) :

oraz Maria Mikuła (wiolonczela) :

Tadeusz Ryłko uczęszczał do andrychowskiego Liceum Ogólnokształcącego.
Spotkanie rozpoczęło się wierszem - jakże bardzo "andrychowskim". Pan Tadeusz - kupił mnie tym wierszem - od razu.

Poecie w "powrocie do miasta swojej młodości" towarzyszył Jan Gűntner - absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Aktorskiej w Krakowie - aktor teatralny którego mogliśmy spotkać w kilku krakowskich teatrach : Teatrze Rozmaitości, Ludowym, Starym, Bagateli.

Z obrastaniem w lata
przedmioty stają się
coraz bardziej złośliwe.
Skazane na wieczne posługi
odpłacają za lata poniżeń...

Wiersze Pana Tadeusza to także komentarze do obrazów znanych twórców. Po obejrzeniu obrazu autorstwa żony Pana Jana - Anny Gűntner zatytuowanego "Lewitacja" - powstał wiersz :
Lewitująca kobieta nad nocnym światem miast
Ta pani, co za młodu żyła bez powodu
do życia nie wróci.
Starcy śpią snem spokojnym,
magik nie wraca z wojny -
lewitacji przerwać nie może...

Były wiersze, były też wspomnienia. Szczególnie miło Pan Tadeusz wspominał Mariana Gancarczyka - swojego profesora z liceum, który nauczył go polskiego, nauczył rozumieć, nauczył rozwijać skrzydła i piąć się do góry w rozwoju własnej osobowości.
Jedno ze wspomnień dotyczyło dość ciekawej lekcji jaką profesor udzielił "młodemu" wówczas poecie. Działo sie to w 11 klasie (maturalnej). Po przeczytaniu przez "przyszłego poetę" jednego ze swoich wierszy i jego analizie - profesor nie pozostawił na autorze suchej nitki - dając lekcję na przyszłość, którą poeta pamięta do dziś.
Najpierw - trzeba wiedzieć o czym się pisze, a dopiero potem pisać.

Potem była praca zawodowa, fascynacja poezją Norwida, Harasymowicza, Gałczyńskiego. I właśnie o tych fascynacjach, ponadczasowości poezji, fascynacji problemem umierania, swoich inspiracjach, planach na przyszłość związanych z wydaniem tomiku wierszy opowiadał jeszcze Pan Tadeusz.

Dziwny był ten salon poezji. Trudno go porównywać z poprzednimi. Miał w sobie coś ze spowiedzi, z egzaminu dojrzałości, z podsumowania zdobytej dotychczas wiedzy. Nie tej, którą zdobywa się w szkołach, lecz tej jaką może nauczyć nas wyłącznie samo życie.
Spotkanie to przypominało raczej powrót po latach tułaczki do domu, szczerą rozmowę. Powrót w czas młodości, niepewność tego - jak przyjmą nas dawni kumple, czy zostało coś jeszcze z przyjaźni ze szkolnej ławy. Powrót w czasy minione, gdzie spotyka się starych znajomych, wraca się w rodzinne strony z bagażem doświadczeń i chciałoby się usiąść znowu jak kiedyś z kolegami ze szkolnej ławy na ławce w parku i zapomnieć o tym, że przed nami wciąż do zdania najważniejszy egzamin w naszym życiu.
Do szczególnej atmosfery tego wieczoru przyczynił się niewątpliwie Jan Gűntner

Dziwne. Publiczność przeważnie po zakończonym spektaklu, czy koncercie - bije brawa i ... rozchodzi się. Tym razem jakby na coś wszyscy czekali, jakby było im wciąż mało, jakby słowa poezji zamieniły salę MDK w korytarz szkolny. Wszyscy wiedzą że już za chwilę rozlegnie się dzwonek na lekcję, ale chcą by ta chwila w której rozejdą się do swoich klas - jeszcze nie nadeszła.
Kwiaty rozdane - a publiczność nie ma zamiaru wstawać i wychodzić.

"Dzwonek" kończący przerwę - rozregulował jeden z widzów - Andrzej Fryś - przypominając (jednocześnie godząc Jana Guntnera w samo serce) o fakcie, iż Pan Jan był swego czasu uznawany za najlepszego interpretatora wierszy Andrzeja Bursy - prosząc o wiersz "Nadzieja".

Nie dało sie ukryć wzruszenia Pana Jana. Salę MDK wypełniła poezja Bursy - co podkreślam z całą stanowczością - w najlepszym wykonaniu jakie słyszałem ! Był "Sylogizm prostacki" ze swoim słynnym
Za darmo nie dostaniesz nic ładnego
zachód słońca jest za darmo
a więc nie jest piękny
ale żeby rzygać w klozecie lokalu prima sorta
trzeba zapłacić za wódkę
i była "Nadzieja"

Na koniec Panie Aleksandra i Maria pięknie zagrały nam jeszcze "Yesterday" The Beatles i fragment "A mnie jest szkoda lata" - który zapoczątkował spotkanie.

Minęło tyle lat a słowa piosenki nic nie straciły na aktualności. Nawet pensje obecnie podobne jak w piosence Andrzeja Boguckiego
Człowiek pensję ma bardziej niż marną:
tysiąc złotych miesięcznie - niewiele....
Bo mnie jest szkoda lata i letnich złotych wspomnień,
Niech mówią: głupi, o mnie, a mnie jest żal...
Dziękujemy
Panie Tadeuszu i Panie Janie
za ten wieczór
i zapraszamy znowu do Andrychowa!
Jarosław Skupień